- Nic, Roger. Masz tu trzy kałamarze. Pobaw się z nimi.
- Co?
- Co, co? Masz się zająć dziećmi i koniec.
- Zwariowałeś?
- Ja zwariowałem!? Pogadaj z Ortim. To jego pomysł.
- Ale co ja mam z nimi robić?
- A rób sobie co chcesz. Mnie to lata.
- To dzieci Ortegi?
- A bo ja wiem? - odparł Mike, a potem przymrużył jedno oko. - Nie. No co ty bredzisz, człowieku. Przecież on ma dwie dziewczynki. Tak się złożyło, że o tym wiem, bo ostatnio zaprosił mnie na niedzielny obiad. - Mówiąc to wyprostował się, skrzyżował ręce na piersi i popatrzył na niego.
- No, te dzieci.
- Bo ja wiem, Terry. Dzieci jak dzieci. Wielki Orti każe wpuszczać, to wpuszczamy. Co w tym dziwnego?
- A masz dzieci?
- Jeszcze nie.
- A ja już odchowałem trójkę. Najstarszy będzie trochę młodszy od ciebie. Powiem ci jedno, Stanley, te dzieciaki są inne. Widziałeś, że one w ogóle się nie śmiały. Nawet nie gadały ze sobą. Stały jak cielaki w rzeźni.
- Wydawało ci się, Terry.
- Nie. - Strażnik przeciągną w zamyśleniu dłonią po siwiejącym wąsie. - Mówię ci, coś tu jest nie tak.


Pozostałe opowiadania:
1 2 3 34 35 36 37 38 14997 14998 14999