- Jakby cię zapraszał tam, gdzie mnie, to byś wiedział, że Wielki Orti ma więcej dzieci niż kundel pcheł. Znacznie więcej, stary.
- Nieślubne? - Tony zniżył konspiracyjnie głos.
- Ba! - Mike wzniósł do góry palec wskazujący, a potem zrobił w tył zwrot i odmaszerował.
Gdy drzwi się zasunęły, manager znów przystąpił do skubania brody. Trwało to ponad pół minuty. Oczywiście trudno postronnemu obserwatorowi precyzyjnie określić, co działo się pod okrytą rudym włosem czaszką, w każdym razie efektem tych przemyśleń był kolejny telefon.
- Co jest, Tony? - spytał Ortega, podnosząc słuchawkę.
- Tak, Roger. Co się stało?
- Nie wiem. Jak będziesz na miejscu, to pogadamy. Teraz wracaj.
- Do domu. - Dzieci ustawiły się przy wyjściu, a jeden z chłopców szarpał go za rękaw.
- Chwileczkę. - Brodacz był wyraźnie podenerwowany. - Coś mi tu śmierdzi. Sprawdźcie, czy nie było jakiegoś włamu.
Mężczyźni zasiedli za konsolami. Dłonie biegały po elastycznych płytkach padów, a oczy wprawnie przeglądały rzędy zapisów.
- Nic nie widzę, szefie - powiedział blondyn w niebieskim swetrze.
- U mnie też czysto - potwierdził doxer, a on popchnął chłopców w stronę wyjścia. Później przesunął kartą po czytniku, a na klawiaturze poniżej wpisał kod dostępu. Drzwi rozsunęły się i dzieci wyszły na zewnątrz. Z drugą grupą spotkały się przy śluzie wyjściowej, która otworzyła się po chwili z lekkim sykiem. Za progiem stała Janet i uśmiechała się już bardzo szeroko.
- Sam sobie zrób, dupku - powiedziała, wyraźnie akcentując każdą sylabę. - A do tego mam mnóstwo roboty na głowie.
- Ktoś to musi zrobić. - Janet wzruszyła ramionami. - Może zadzwoń do Ortegi i powiedz mu o tym.
- Zadzwoń, zadzwoń - mruknął pod nosem. - Sama sobie zadzwoń.
- To co, zejdę po dzieciaki i przyprowadzę pod drzwi, OK?
- OK, OK. - Mike machnął na odczepnego ręką, a ona ruszyła z powrotem.
Po kilkunastu metrach trafiła na schody i trzymając się metalowej poręczy, zbiegła na parter. Zobaczyła ich od razu. Stali naprzeciw okrągłej recepcji. Wszyscy wyglądali prawie tak samo: granatowe kurtki z ortalionu były szczelnie dopięte pod szyją, a pomarańczowe kaptury zachodziły głęboko na oczy.
Stary ochronarz przyglądał się im z zaciekawieniem, bo widoczne spod kapturów twarzyczki wydawały się bardzo blade i wychudzone. Drugi pochylił się nad listą gości i odhaczał odpowiednie pozycje.
- Już są, panno Braxton. - Ton polecenia był bardzo oficjalny.
Pozostałe opowiadania:
1 2 3 50 51 52 53 54 14997 14998 14999
- Nieślubne? - Tony zniżył konspiracyjnie głos.
- Ba! - Mike wzniósł do góry palec wskazujący, a potem zrobił w tył zwrot i odmaszerował.
Gdy drzwi się zasunęły, manager znów przystąpił do skubania brody. Trwało to ponad pół minuty. Oczywiście trudno postronnemu obserwatorowi precyzyjnie określić, co działo się pod okrytą rudym włosem czaszką, w każdym razie efektem tych przemyśleń był kolejny telefon.
- Co jest, Tony? - spytał Ortega, podnosząc słuchawkę.
- Tak, Roger. Co się stało?
- Nie wiem. Jak będziesz na miejscu, to pogadamy. Teraz wracaj.
- Do domu. - Dzieci ustawiły się przy wyjściu, a jeden z chłopców szarpał go za rękaw.
- Chwileczkę. - Brodacz był wyraźnie podenerwowany. - Coś mi tu śmierdzi. Sprawdźcie, czy nie było jakiegoś włamu.
Mężczyźni zasiedli za konsolami. Dłonie biegały po elastycznych płytkach padów, a oczy wprawnie przeglądały rzędy zapisów.
- Nic nie widzę, szefie - powiedział blondyn w niebieskim swetrze.
- U mnie też czysto - potwierdził doxer, a on popchnął chłopców w stronę wyjścia. Później przesunął kartą po czytniku, a na klawiaturze poniżej wpisał kod dostępu. Drzwi rozsunęły się i dzieci wyszły na zewnątrz. Z drugą grupą spotkały się przy śluzie wyjściowej, która otworzyła się po chwili z lekkim sykiem. Za progiem stała Janet i uśmiechała się już bardzo szeroko.
- Sam sobie zrób, dupku - powiedziała, wyraźnie akcentując każdą sylabę. - A do tego mam mnóstwo roboty na głowie.
- Ktoś to musi zrobić. - Janet wzruszyła ramionami. - Może zadzwoń do Ortegi i powiedz mu o tym.
- Zadzwoń, zadzwoń - mruknął pod nosem. - Sama sobie zadzwoń.
- To co, zejdę po dzieciaki i przyprowadzę pod drzwi, OK?
- OK, OK. - Mike machnął na odczepnego ręką, a ona ruszyła z powrotem.
Po kilkunastu metrach trafiła na schody i trzymając się metalowej poręczy, zbiegła na parter. Zobaczyła ich od razu. Stali naprzeciw okrągłej recepcji. Wszyscy wyglądali prawie tak samo: granatowe kurtki z ortalionu były szczelnie dopięte pod szyją, a pomarańczowe kaptury zachodziły głęboko na oczy.
Stary ochronarz przyglądał się im z zaciekawieniem, bo widoczne spod kapturów twarzyczki wydawały się bardzo blade i wychudzone. Drugi pochylił się nad listą gości i odhaczał odpowiednie pozycje.
- Już są, panno Braxton. - Ton polecenia był bardzo oficjalny.
Pozostałe opowiadania:
1 2 3 50 51 52 53 54 14997 14998 14999
Opowiadania - strona główna
- Nic nie widzę, sz...
Programiści skinęli...
Mężczyźni zasiedli ...
- Zwariowałeś?
...
- Łączę, dyrektorze...
- My tam - Stojący ...
- Pomogłaś mi, Jane...
Uniosła z niedowier...
- Bo ja wiem, Terry....
- Pytałem, w co lub...
- Gdzie jest Bergman...
W środku chłopcy uf...
- Witam szefie - od...
- Powiedzieć Ortedze...
- Tylko co ja mam w...
- Co?
- Co, co...
- No jak tam, dziec...
- JayPeg! Połšcz się...
- Nic nie widzę, sz...
Mapa strony
- Nic nie widzę, sz...
Programiści skinęli...
Mężczyźni zasiedli ...
- Zwariowałeś?
...
- Łączę, dyrektorze...
- My tam - Stojący ...
- Pomogłaś mi, Jane...
Uniosła z niedowier...
- Bo ja wiem, Terry....
- Pytałem, w co lub...
- Gdzie jest Bergman...
W środku chłopcy uf...
- Witam szefie - od...
- Powiedzieć Ortedze...
- Tylko co ja mam w...
- Co?
- Co, co...
- No jak tam, dziec...
- JayPeg! Połšcz się...
- Nic nie widzę, sz...
Mapa strony