- Aleś się konkretna zrobiła, Janet. Nie tak prędko. Najpiew polej jeszcze po lufce.
Gdy przygotowywała drinki, podniósł się, podszedł do wyjścia i przekręcił klucz. Na szczęk zamka odwróciła głowę, ale nie zaprotestowała. Wracając wziął od niej szklankę i rozparł się w fotelu. Chwilę pili w milczeniu. Później Janet wyciągnęła z kieszonki niewielką żółtą kartkę.
- To co, mogę cię połączyć?
- OK, ale najpierw usiądź mi na kolanach.
- Po co?
- Usiądź, to się dowiesz.
- Jak usiądę to porozmawiasz z nimi, tak?
Nie odpowiedziała.
- Zupełnie nie mogę zrozumieć, co cię napadło. W Montanie jest tyle pięknych miejsc.
Panoramiczne okno za jego plecami wycinało w surowym górskim krajobrazie kadr tak idylliczny, że z powodzeniem mógłby stanowić treść tandetnego landszaftu. Po ostatnim zdaniu wolna ręka mężczyzny zatoczyła koło, jakby ten gest mógł przekazać rozmówcy cały urok otoczonego skalistymi szczytami jeziora, a on sam odchylił się do tyłu i przekrzywiła głowę.
- Jaka zasłona? - wpisała po chwili. - I skąd znasz moje imię?
- Zgódź się, Janet i pięć tysięcy twoje. Pięć od razu. Jak się nie uda, pięć też twoje.
- Ale o co chodzi? - wpisała. - I dlaczego tak dziwnie mówisz?
- Chodzi, żeby zdolne dzieci odwiedziły firmę. Twoją firmę. Mówię normalnie. Ty dziwnie.
- To dlaczego akurat ja? Jestem do cholery programistą. Pro! Gra! Mis! Tą! - powtórzył akcentując każdy wyrazet - pwiedział i nim dziewczyna zdążyła zareagować, dołączył do grupy.
W środku chłopcy uformowali dwuszereg. W przeszklonych pomieszczeniach raz po raz napotykali zdziwione spojrzenia projektantów, analityków, koderów i innych specjalistów tkających delikatną przędzę cyfrowego świata. Pracownicy machali na powitanie i uśmiechali się, jednak twarze dzieci pozostawały nieruchome. Po jakimś czasie Mike zatrzymał się i odwrócił w stronę wycieczki.
- Tylko co ja mam wam właściwie pokazać?
- My tam - Stojący na czele chłopiec odsunął na bok dwóch innych i pokazał drzwi na końcu korytarza, gdzie Mike negocjował przekazanie balastu z sekcją programowania systemowego. Trójka dzieciaków stała w rządku i z uwagą przypatrywała się brodatej twarzy. Manager nosił przydługi sweter i miał ognistorudą czuprynę.
- Ale co to są za dzieci? - zapytał. - Przecież tutaj nikt nie ma wstępu.
- Domyśl się, Tony. - Mike uśmiechnął się do niej z daleka.
- A opiekun? - zapytała.
- Odbierze po wycieczce. Nie martwić się. Prowadzić.
Janet popatrzyła na strażników, ale wydawało się, że nie słyszeli ostatniej wypowiedzi, więc znów pochyliła się nad chłopcem.
- Jak się nazywasz?
- Mark.


Pozostałe opowiadania:
1 2 3 64 65 66 67 68 14997 14998 14999