Uniosła z niedowierzaniem jak powoli schodzą w dół. Później wróciła do sekretariatu. Gdy usiadła za biurkiem, latający po ekranie Hermes obwieścił, że ma nową pocztę. E-mail był z banku i donosił, że stan jej konta wzrósł o kolejne dziewięćdziesiąt pięć tysięcy dolarów. Uśmiechnęła się, kątem oka zauważając otwarty program komunikacyjny. Rumiana buźka sygnalizowała, że ma kogoś na łączu. Nacisnęła klawisz uruchamiający sesję.
- Witaj, Janet - litery pojawiały się jedna za drugą. - Pomogłaś mi. Teraz wyjedź.
- Ale... - Zawirowało jej w oczach. Jedną ręką oparła się o ścianę, a drugą objęła czoło.
- Wyjedź, Janet i nie odprowadzajnas. Sami trafimy. - Płomień na dnie oczu zgasł. Mark chwycił za rękę pierwszego z brzegu chłopca i ruszył do wyjścia. Pozostałe dzieci również uformowały pary i podążyły za nimi.
Oniemiała dziewczyna patrzyła z niedowierzaniem brwi.
- Skąd to wszystko wiesz? - wpisała.
- Sto tysięcy, mało? - Tekst pojawił się prawie natychmiast.
- Nie o to chodzi. Nawet nie wiem, kim jesteś.
- Po prostu jestem. Nie proponuję złego nic. Przekonaj Ortegę na wycieczkę i sto tysięcy twoje. Resza po wycieczce. Nie martwić się. Prowadzić.
Janet popatrzyła na strażników, ale wydawało się, że nie słyszeli ostatniej wypowiedzi, więc znów pochyliła się nad chłopcem.
- Jak się nazywasz?
- Mark.
- Dobrze. - Wzięła go za rękę i ruszyła w stronę schodów. - To chodźmy Mark i cała reszta.
Gdy zniknęli na półpiętrze, starszy z ochroniarzy klepnął w ramię kolegę.
- Dziwne te dzieciaki, nie Stanley?
- Co? - Strżnik odłożył papierową listę i popatrzył na niego.
- No, te dzieci.
- Bo ja wiem, Terry. Dzieci jak dzieci. Wielki Orti każe wpuszczać, to wpuszczamy. Co w tym dziwnego?
- A masz dzieci?
- Jeszcze nie.
- A ja już odchowałem trójkę. Najstarszy będzie trochę młodszy od ciebie. Powiem ci jedno, Stanley, te dzieciaki są inne. Widziałeś, że one w ogóle się nie śmiały. Nawet nie gadały ze sobą. Stały jak cielaki w rzeźni.
- Wydawało ci się, Terry.


Pozostałe opowiadania:
1 2 3 72 73 74 75 76 14997 14998 14999