- Sama się lecz, wariatko! - huknął po chwili, gniotąc słuchawkę. Delikatny trzask oznajmił, że małżonka zakończyła rozmowę, jednak on był zbyt spięty, żeby zwracać uwagę na takie drobiazgi. - A ty jesteś starą krową!
- Ale dlaczego, dyrektorze? - Głos analityka zdradzał wyraźne objawy paniki. - Ten błąd w ostatniej wersji to nie była moja wina.
- A, Roger - żachnął się Ortega. - Nie, to nie do ciebie. Na czym stanęliśmy?
- Pytałem, w co lubią się bawić pana dzieci, dyrektorze.
- To dlaczego akurat ja? Jestem do cholery programistą. Pro! Gra! Mis! Tą! - powtórzył akcentując każdy wyraznie dzieci do firmy, to nie jest jedyny sposób, żeby dzieci miały ojca. Zrozumiesz to w końcu, czy nie?
Głos po drugiej stronie terkotał jak projektor filmowy.
- Nie uwaliłem się jak prosię - przerwał jej Ortega. - Jestem trzeźwy i żądam wyjaśnień. Przynosisz mi wstyd. Wiesz, że Hamilton tylko czeka, żeby mi się noga powinęła, żeby... - urwał w połowie zdania. Tłuste podgardle falowało, a on robił się coraz bardziej czerwony.
- Sama się lecz, wariatko! - huknął po chwili, gniotąc słuchawkę. Delikatny trzask oznajmił, że małżonka zakończyła rozmowę, jednak on był zbyt spięty, żeby zwracać uwagę na takie drobiazgi. - A ty jesteś starą krową!
- Ale dlaczego, dyrektorze? - Głos analityka zdradzał wyraźne objawy paniki. - Ten błąd w ostatniej wersji to nie była moja wina.
- A, Roger - żachnął się Ortega. - Nie, to nie do ciebie. Na czym stanęliśmy?
- Pytałem, w co lubią się bawić pana dzieci, dyrektorze.
- To dlaczego akurat ja? Jestem do cholery programistą. Pro! Gra! Mis! Tą! - powtórzył akcentując każdy wyrazych i pokazał drzwi na końcu korytarza, gdzie Mike negocjował przekazanie balastu z sekcją programowania systemowego. Trójka dzieciaków stała w rządku i z uwagą przypatrywała się brodatej twarzy. Manager nosił przydługi sweter i miał ognistorudą czuprynę.
- Ale co to są za dzieci? - zapytał. - Przecież Lakeside to największa dziura w całej Montanie. Nie mogą zwiedzać czegoś innego? W okolicy jest tyle pięknych miejsc. Dlaczego sierociniec się uparł, żeby pokazać dzieciakom firmę softwarową? Co tu jest ciekawego do oglądania?
Dopiła drinka, a później odłożyła pustą szklankę na blat.
- Weekend w Canyon Creek - powiedziała po chwili, ni to do siebie ni do Ortegi.
- W Canyon Creek. Wyobraź sobie, tylko ty, ja i ogień na kominku. Wszystko będzie jak dawniej.
Dziewczyna przysunęła twarz do monitora, jakby nie mogła się zdecydować, co dalej. Później na twarzy pojawił się wesoły grymas, a naciskając klawisz interkomu uśmiechała się już bardzo szeroko.
- Sam sobie zrób, dupku - powiedziała, wyraźnie akcentując każdy wyrazynka zaczęła nadawać.
- Nie przyprowadzaj mi dzieci do pracy, Betty. - W głosie dyrektora pobrzmiewała mieszanka znudzenia i rozdrażnienia. - Czyś ty zwariowała, kobieto?
Nastąpiła chwila ciszy przerywana jedynie krótkimi "mhm" Ortegi.
- Nie, Betty - odezwał się ulizany głos. - Są u mnie pana dzieci. Urocze stworzenia. Mają jakieś ulubione zabawy?
- Moje dzieci? Psia krew. Poczekaj chwilę i nie rozłączaj się, Roger. - Nie odkładając słuchawki Ortega wcisnął guzik interkomu. - Janet, połącz mnie z żoną. W tej chwili!
- Łączę, dyrektorze - Janet uśmiechała się.
- No jak tam, dzieciaki Udała się wycieczka?
- Tak. Dziękujemy - odpowiedziała chłodno, stawiając tacę na biurku.
Pozostałe opowiadania:
1 2 3 78 79 80 81 82 14997 14998 14999
- Ale dlaczego, dyrektorze? - Głos analityka zdradzał wyraźne objawy paniki. - Ten błąd w ostatniej wersji to nie była moja wina.
- A, Roger - żachnął się Ortega. - Nie, to nie do ciebie. Na czym stanęliśmy?
- Pytałem, w co lubią się bawić pana dzieci, dyrektorze.
- To dlaczego akurat ja? Jestem do cholery programistą. Pro! Gra! Mis! Tą! - powtórzył akcentując każdy wyraznie dzieci do firmy, to nie jest jedyny sposób, żeby dzieci miały ojca. Zrozumiesz to w końcu, czy nie?
Głos po drugiej stronie terkotał jak projektor filmowy.
- Nie uwaliłem się jak prosię - przerwał jej Ortega. - Jestem trzeźwy i żądam wyjaśnień. Przynosisz mi wstyd. Wiesz, że Hamilton tylko czeka, żeby mi się noga powinęła, żeby... - urwał w połowie zdania. Tłuste podgardle falowało, a on robił się coraz bardziej czerwony.
- Sama się lecz, wariatko! - huknął po chwili, gniotąc słuchawkę. Delikatny trzask oznajmił, że małżonka zakończyła rozmowę, jednak on był zbyt spięty, żeby zwracać uwagę na takie drobiazgi. - A ty jesteś starą krową!
- Ale dlaczego, dyrektorze? - Głos analityka zdradzał wyraźne objawy paniki. - Ten błąd w ostatniej wersji to nie była moja wina.
- A, Roger - żachnął się Ortega. - Nie, to nie do ciebie. Na czym stanęliśmy?
- Pytałem, w co lubią się bawić pana dzieci, dyrektorze.
- To dlaczego akurat ja? Jestem do cholery programistą. Pro! Gra! Mis! Tą! - powtórzył akcentując każdy wyrazych i pokazał drzwi na końcu korytarza, gdzie Mike negocjował przekazanie balastu z sekcją programowania systemowego. Trójka dzieciaków stała w rządku i z uwagą przypatrywała się brodatej twarzy. Manager nosił przydługi sweter i miał ognistorudą czuprynę.
- Ale co to są za dzieci? - zapytał. - Przecież Lakeside to największa dziura w całej Montanie. Nie mogą zwiedzać czegoś innego? W okolicy jest tyle pięknych miejsc. Dlaczego sierociniec się uparł, żeby pokazać dzieciakom firmę softwarową? Co tu jest ciekawego do oglądania?
Dopiła drinka, a później odłożyła pustą szklankę na blat.
- Weekend w Canyon Creek - powiedziała po chwili, ni to do siebie ni do Ortegi.
- W Canyon Creek. Wyobraź sobie, tylko ty, ja i ogień na kominku. Wszystko będzie jak dawniej.
Dziewczyna przysunęła twarz do monitora, jakby nie mogła się zdecydować, co dalej. Później na twarzy pojawił się wesoły grymas, a naciskając klawisz interkomu uśmiechała się już bardzo szeroko.
- Sam sobie zrób, dupku - powiedziała, wyraźnie akcentując każdy wyrazynka zaczęła nadawać.
- Nie przyprowadzaj mi dzieci do pracy, Betty. - W głosie dyrektora pobrzmiewała mieszanka znudzenia i rozdrażnienia. - Czyś ty zwariowała, kobieto?
Nastąpiła chwila ciszy przerywana jedynie krótkimi "mhm" Ortegi.
- Nie, Betty - odezwał się ulizany głos. - Są u mnie pana dzieci. Urocze stworzenia. Mają jakieś ulubione zabawy?
- Moje dzieci? Psia krew. Poczekaj chwilę i nie rozłączaj się, Roger. - Nie odkładając słuchawki Ortega wcisnął guzik interkomu. - Janet, połącz mnie z żoną. W tej chwili!
- Łączę, dyrektorze - Janet uśmiechała się.
- No jak tam, dzieciaki Udała się wycieczka?
- Tak. Dziękujemy - odpowiedziała chłodno, stawiając tacę na biurku.
Pozostałe opowiadania:
1 2 3 78 79 80 81 82 14997 14998 14999
Opowiadania - strona główna
- Tak. Dziękujemy - ...
- Nie wiem. Jak będ...
- Zgódź się, Janet ...
- Odbierze po wycie...
- Ale dlaczego, dyr...
- Wyjedź, Janet i n...
- Tak, Janet. Tak, ...
- Betty! - wrzasnął...
- Poszło. Dopisz źr...
- Nie ma za co, Mar...
- To dlaczego mówis...
Rudzielec przez chw...
- Najpierw cię połšc...
- Trzech chłopców? ...
- Dużo wiem oJanet....
- Tak. Wystarczy, ż...
Popatrzyła uważnie i...
- Jakie marzenie?
- Nie rób sobie jaj...
Mapa strony
- Tak. Dziękujemy - ...
- Nie wiem. Jak będ...
- Zgódź się, Janet ...
- Odbierze po wycie...
- Ale dlaczego, dyr...
- Wyjedź, Janet i n...
- Tak, Janet. Tak, ...
- Betty! - wrzasnął...
- Poszło. Dopisz źr...
- Nie ma za co, Mar...
- To dlaczego mówis...
Rudzielec przez chw...
- Najpierw cię połšc...
- Trzech chłopców? ...
- Dużo wiem oJanet....
- Tak. Wystarczy, ż...
Popatrzyła uważnie i...
- Jakie marzenie?
- Nie rób sobie jaj...
Mapa strony